Menu

Mów mi: Pierdoło

Taki sobie blogasek

Jedno oko na Maroko...

foch.pl_aj

 No wrócilam. Oczywiście było fajnie. Odpoczęłam psychicznie i trochę fizycznie. Maroko to piękny kraj, a w każdym razie takie robi wrażenie ten maleńki skrawek,ktory widzieliśmy. Plany oczywiście były bardzo ambitne, ale wiecie, jak to mówią: rób plany,Bóg będzie miał się z czego śmiać. Okazało się, że trafiliśmy na święto ofiarowania, jedno z najważniejszych w Islamie...No i pięknie. Tylko, że to wymusiło na nas dwudniowe plażowanie, bo wszystko, absolutnie wszystko było zamknięte. A że ze mnie taka plażowiczka jak z koziej d....trąba, to się nie ubawilam. Chłop natomiast był zachwycony, bo jak ocean to fale, a to z kolei oznacza zabawę w wodzie. No i świetnie tylko że nie, bo pomimo całej europejskosci Maroka, tamtejsi panowie nie potrafią odpuścić samotnej niewiescie na plaży. I o ile nie bawi mnie plażowanie, to nachalne podrywanie mnie wręcz drażni. Naturalnie nieco mniej irytowało jeśli prezentowali się całkiem ladnie, ale jednak... Podsumowując udało mi się niczego nie zgubić, nie okradli mnie w Marrakeszu ani nie zamordowali na południu kraju. Nucąc pod nosem "Always look at the bright side..." musze przyznac, że chyba pierwszy raz w życiu schudlam na wakacjach. Ale kto by się upasł na kleiku lub kaszy mannie? Tak, tak ludzie zajadali się pysznościami, a ja hmmm jak wyżej. Tak, że ten są pozytywy rewolucji żołądkowych. Co prawda pod koniec pozwalałam już sobie skubnać to i owo. No bo przecież musiałam spróbować marynowanej cytryny. Wygląda ohydnie, ale smak ma rewelacyjny. Generalnie wyjazd udany. Aha no i koty, wszędzie koty. 

O takie na przykład:

IMG_20160916_1306556561

Szarża "ułańska" na plaży


IMG_20160915_192635797

I taki, o budynek :-) 
IMG_20160915_120139084

 

Plac Jamaal el Fna w Marrakeszu
IMG_20160914_175706619_HDR

Klasyczne i absolutne cliche :-) zachód słońca nad oceanem

IMG_20160913_191810667

I Legzira..

IMG_20160915_141332912

Zestaw wakacyjny

foch.pl_aj

No i masz ci los, jak się ładnie urzadzilam. Maroko jak na razie całkiem w porządku. Tylko ta pogoda... zupełnie jak w Polsce. Od rana 18-19 stopni, a potem po godz 13-14 upał 28 st. Co gorsza taki podstępny, bo jesteśmy nad oceanem więc wieje chłodny wiatr i słońce jest jakby ciągle lekko przysloniete chmurami. No i właśnie...jako, że przysloniete to przecież nie opala. Mhm jasne jasne... właśnie nabawilam się udaru słonecznego, bo dzis było naprawdę umiarkowanie ciepło, więc wyszliśmy w spodniach i w bluzach....bez kapelutków. No i właśnie dlatego teraz zamiast siedzieć romantycznie na plazy, podziwiać ocean w świetle księżyca i sączyć drink z palemką, leżę w pokoju i zdycham sobie cichutko. Boli mnie wszystko, zupełnie tak, jak przy grypie. Ale żeby nie było zbyt lekko rano odezwały się wrzody...hurra idealnie na czas wakacji. Całe szczęście, że na śniadanie była również kaszą manna. Mam taki pakiet wakacyjny- wrzody i przegrzanie. Zatem ten...korzystam z wakacji jak szalona..jest jeden plus- mogę w najświętszym spokoju czytać "Złodziejke książek" i nie mieć wyrzutów sumienia, że tu oto życie się toczy, a ja leżę w łóżku. No bo co, kurcze blade, mogę sobie chyba trochę w spokoju poumierać, w końcu na wczasach jestem, co nie? 

Że niby wakacje

foch.pl_aj

No i prawie się skończyły wakacje zatem zorientowaliśmy się z zaskoczeniem, że my jeszcze nie wyjechani. A takie były plany, a takie pomysły, a takie ... no właśnie, a wyszło jak zwykle. Jedziemy w piątek. Mam wrażenie, że się odzwyczaiłam, bo jakoś nie mogę się do tego wyjadu przekonać. I znów mam to samo co z Paryżem, no nie chce mi się i najchętniej zostałabym w domu. No i jeszcze do tego znów muszę zostawić kota... choć z drugiej strony przez tydzień, ten futrzany nicpoń nie będzie mnie budził. No dobra, to już pojadę, niech stracę, ale naprawdę bardzo, ale to bardzo mi się nie chce.

Nostalgicznie...

foch.pl_aj

Mama znalazła mój stary pamiętnik. To dość niesamowite uczucie, bo pierwsze wpisy są z 1996, a ostatnie z 2001, taki sposóbrodzaj wehikułu czasu. Co więcej, to bardzo zajmujące studium dorastania. Pierwsze wpisy zakompleksionej, nieśmiałej czternastolatki roznia się znacząco od tego co napisałam ja dziewietnastoletnia. Największe wrażenie zrobił na mnie opis mojego pierwszego pocałunku. Nie pamiętałam, że to było takie czułe i romantyczne. Pewnie gdyby poszukać pod tą gruba warstwą cynizmu, sarkazmu, ironii i obojętności gdzieś tam jest ta wrażliwa, delikatna dziewczyna sprzed wielu lat. I chyba tęsknię za taką sobą. 

Deszczowa niedziela

foch.pl_aj

Wiecie jak to jest, kiedy ma się poczucie, że przechytrzyło się system. To przyjemne łaskotanie rosnącego ego, ta myśl "Ja to jednak mam łeb". No i właśnie takie uczucie towarzyszyło mi w niedzielę. No bo w niedzielę wracaliśmy motorem z Bieszczad. Decyzja o obijaniu tyłka na twardym siedzeniu dla pasażera była podjęta w pełni sił umysłowych. Strasznie nie chciało nam się ruszać, więc wszystko robiliśmy jak muchy w smole. Mieliśmy wyjechać o 10, o 12 piliśmy kawkę w Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej. Po 3 godzinach byliśmy na wysokości Krakowa i ścigaliśmy się z ołowianej barwy chmurą deszczową. Kiedy spadały pierwsze krople schowaliśmy się na przystanku, żeby założyć nasze "umundurowanie przeciwdeszczowe". Przesiedzieliśmy tam smętnie wpatrując się w strugi deszczu ponad godzinę. I tu należy nakreślić charakterystykę mojego chłopa. On nigdy niczego nie robi szybko. Oprócz jedzenia. Nauczyłam się już, żeby nie zaczynać ubierać się w tym samym momencie co on, bo będę stać jak ten kołek w płocie z kaskiem na baniaczu, w rękawiczkach, kurtce itd itd patrząc jak on nieśpiesznie wciąga rękawice. Wracając do kryjówki na przystanku, otóż trzy razy się przejaśniało i mogliśmy jechać, ale z a n i m   o n   z a ł o ż y ł   w s z y s t k i e   r z e c z y  znów się rozpadało. I tak trzy razy. Nareszcie udało się ruszyć. I to był ten moment, kiedy czułam satysfakcję, bo przechytrzyliśmy deszcz. No bo jakie my mieliśmy umundurowanie. Przeciwdeszczowe kurtki, spodnie, wodoodporne buty, rękawice  i kaski, no full wypas. To uczucie triumfu trwało jakieś pięć minut. Następnie triumf zmienił się w zaskoczenie, kiedy poczułam zimną stóżkę wody płynącą wzdłuż ścięgna Achillesa i po pięcie. Taki mały górski potoczek w bucie. W drugim zrobiło sie podobnie. Nie przewidziałam, że spodnie w pozycji siedzącej będą krótsze i tym samym cała woda z nieprzemakalnych spodni spłynie wprost do wodoodpornych butów. Deszcz przechytrzył mój system. Na najbliższej stacji wylałam wodę z butów, znalazłam suche skarpety, włozyłam stopy do reklamówek, a całą tę konstrukcję do mokrego obuwia i tak oto spędziłam kolejne pięć godzin podróży. Stopy w reklamówkach dojechały suche.

© Mów mi: Pierdoło
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci